Witaj w świecie, w którym słowo zamieniam w obraz i nadaję mu dźwięk,
a obrazy zatrzymuję w wersach.
To wiersz o tym, że jako rodzice dajemy dziecku korzenie - te do których zawsze może wrócić - zarówno w wymiarze powrotu do swojego fizycznego domu, jak i do tego domu, który jest przystanią zakotwiczoną głęboko w sercu - w naszym i Jego sercu. Bo jak napisał Hodding Carter: „Są tylko dwa niewyczerpane dziedzictwa, które musimy mieć nadzieję przekazać naszym dzieciom: korzenie i skrzydła”.
Z peronu
Na wszystkich peronach świata
czekają na Ciebie moje ramiona
i dom zamknięty pod rzęsą
i chleb co pachnie porankiem
i ta herbata ciut czasem za słodka
z miłości
Gdziekolwiek będziesz
wracaj
Masz klucz
i drzwi
do mojego serca
otwarte
na zawsze i oścież
Mój Synku
Nie przejdę za Ciebie tej drogi
nie wzniosę Cię wyżej niż wzlecisz
choć spod powieki dostrzegę
te Twoje życiowe zamieci
Tym wschodom w które uwierzysz
zaufam i skryję je w dłonie
nim przyjdą niepostrzeżenie
zachody w których utoniesz
A potem znów utkam Ci skrzydła
z wszystkiego co miałam dla Ciebie
i oddech mi wstrzyma wzruszenie
gdy dojrzę pod nimi część siebie
Są między nami ich cienie
Wierzę, że ci co odchodzą
dostają od Boga swe gwiazdy
którymi spływają
na ziemię
najlżej, najsenniej, najciszej
Gdy płyną tu w bezszeleście
to wiatrem mówią przez liście
przyjazne muskają skronie
łagodnie, słodko, najmgliściej
czasami gdy nieopatrznie
zostawią po sobie światło
są znakiem, że warto wierzyć
chociażby wiary zabrakło
A kiedy
siadają przed domem
tym, który kiedyś gdzieś mieli
to wtedy nad domem jest słońce
i błękit w kolorze anielim
Przychodzą by nas ochraniać
przed nami
i przed wszystkimi
by łzy ocierać nam słone
i dniami je czynić słodszymi
Przychodzą zapalać słońce
i księżyc zawieszać na niebie
przychodzą do nas i do nich
najbardziej jednak do siebie
A kiedy wracają
skąd przyszli
schodami z gwiezdnego kamienia
to wietrzyk znów szumi liśćmi
a noc się w poranek
zamienia

Początek
Zaczynanie jest aktem stworzenia
nowych rzeczy na zgliszczach przeszłości.
Jeśli czas nasz ma moc nas odmieniać,
to jest czasem utkanym z miłości.
Cienką nitką plącze czas nasze drogi,
wciąż zderzając nas o kruchość niebytu,
gdy w zachwycie same niosą nas nogi
i gdy rozpacz nas obnaża z zachwytu.
Są na serca zegarach sekundy,
co znikają, zanim są, nim się stają.
Są otwarte w nieskończoność rozmowy —
choć ich dość już, to nadal w nas trwają…
Przemijanie jest przestrzenią otwartą,
bez przecinków i kropek w pół zdania.
Ja przemijam,
ty mijasz
i prze mi...
ja.
Każdy koniec to czas
zaczynania.
(Jeszcze) czas…
Gdy kiedyś staniesz nad moim grobem,
co wtedy powiesz?
Co wtedy powiem?
Gdy ścianą ciszy
dzielone dreszcze
wieczór to będzie,
czy ranek jeszcze?
Ostatni oddech,
ostatni dotyk –
ta filiżanka ma smak tęsknoty.
Usta zastygłe,
wystygła kawa,
czarna jak potem.
Czas się rozstawać.
Rwę tę codzienność
na strzępki ciszy.
Czas nas dogania –
czy też to słyszysz?
Gdy kiedyś stanę nad Twoim grobem,
wtopię się w beton,
słów nie wypowiem.
Nie każ mi przepaść
w tamtej otchłani,
gdzie ginie czułość –
słowa są na nic.
Ostatni oddech,
ostatnie słowa,
ostatnia kawa nie jest gotowa.


Lustra
Chodzisz po świecie czarno-białym
stawiasz pomniki swoim słowom
na czarno-białych pasach stoisz
czytając ten sam świat
na nowo
O kanty myśli się potykasz
po ostrych słowach liżesz rany
dzięki ciemności widzisz światło
a znów uciekasz
przed nieznanym
Te wszystkie lustra które widzisz
są odbiciami innych luster
kolory to odbicie ciebie
w czerni i bieli
lustra są puste


